Narracja Lilian:
Niektórzy twierdzą, że gdy stracimy kogoś bliskiego czujemy ból. Inni trwają w przekonaniu, że nasze serce ogarnia trwoga. Jeszcze inni próbują nam wmówić, że podświadomie czujemy pustkę po człowieku, który odszedł. Nie warto słuchać poetów, którzy nie wiedzą o czym piszą. Prawda jej taka, że nie czujemy nic. Nasze serce zamarza stając się bryłą lodu. Tylko od nas zależy czy pozwolimy komuś rozgrzać naszą duszę, czy wręcz przeciwnie-skarzemy ją na wieczną zmarzlinę.
Popełniłam błąd. Chciałam uratować ojca, którego oczy straciły już blask, którego serce zaprzestało swą pracę czując, że to już koniec. Ja jednak nie chciałam takiego zakończenia. Zaczełam się wyrywać, szarpać a nawet gryźć a Luke? On po prostu przytulił mnie i powiedział, że tatuś nie żyje. W odpowiedzi pokręciłam przecząco głową a z mojego gardła wyrwał się cichy jęk. Jęk bezsilności i staconej nadzieji, która nie miała już prawa bytu.
Wszystko wokół znikło pod warstwą łez. Nie zdziwiło mnie, że gdy odzyskałam ostrość widzenia znajdowałam się w zupełnie innym miejscu. Nie było już beżowych ścian naszego mieszkania na Brooklinie, wzamian pojawiły się z pewnością zimne i wilgotne skały tworzące jaskinię. Nowoczesne lampy zastąpił mrok, ciemność i nicość.
-Księżniczko on odszedł.-szepnął blondyn patrząc na mnie ze współczuciem. W odpowiedzi zaprzeczyłam ruchem głowy i po dłuższej chwili [chyba] pewnie powiedziałam:
-On tam na mnie czeka, więc z łaski swojej odstaw mnie z powrotem.-patrzyłam wyzywająco na Luke'a po czym dodałam-Albo nie, sama trafię do domu.-po czym odwróciłam się i nim zdążyłam zrobić dwa kroki poczułam jak ktoś szarpie mnie za nadgarstek
-Lilian do cholery on nie żyje.-wrzasnął mój ,,porywacz" patrząc na mnie wściekle. W oczach zalśniły mi łzy i powiedziałam szeptem jedno słowo a mianowicie: ,,Wyjdź." Gdy chłopak nie posłuchał powtórzyłam, tylko parę razy głośniej zasłaniając jednocześnie uszy przed tym jego księżniczkowaniem się.
Wreszcie zostałam sama. Skuliłam się w kącie jaskini tworząc z ciała żywą kulkę i schowałam twarz we włosach. Z jednej strony czułam zimno kamienia a z drugiej duszne powietrze. To zestawienie dało mi poczucie pewnej równowagi a co za tym idzie odrobiny bezpieczeństwa. Po chyba kwadransie usłyszałam kroki. Postanowiłam udawać, że śpię na wypadek jakiegoś niebezpieczeństwa.
-Wiem że nie śpisz.-powiedział blondyn stając obok mnie-Przestań się na mnie gniewać za coś, na co nie miałem wpływu. Popatrz na mnie i posłuchaj.-nie widząc mojej reakcji złapał mnie w pasie i pociągnął do góry. Automatycznie wyprostowałam się i opuściłam ręce patrząc tym samym na chłopaka.
-Wątpię żeby Sebastian a raczej Stateos wyznał Ci prawdę o Twoim pochodzeniu. Znasz pewnie mitologię grecką i rzymską? Otóż wszystkie te wydarzenia dotyczące Prometeusza, Heraklesa czy Orfeusza są prawdą. Zeus jest prawdziwym władcą Olimpu a Apollo naprawdę roznosi boską pocztę. My-tu ręką wskazał na siebie i mnie- jesteśmy herosami, mamy jednego boskiego i jednego ludzkiego rodzica. Moim ojcem jest Hermes a twoim wcale nie był Sebastian. On na polecenie Twojej opiekunki wychowywał Cię i sprawował nad tobą pieczę. Twój prawdziwy ojciec mieszka w San Francisco i jest w 100% żywy.
-Ale...ale to nie możliwe.-odpowiedziałam zdziwiona.
-W naszym świecie wszystko jest możliwe księżniczko.-odpowiedział Luke przytulając mnie do swojej piersi.
-Co teraz ze mną będzie? Tamten potwór nie był przecież jedyny a ja nie mam z nimi żadnych szans.-rzekłam nie odrywając się od blondyna.
-Jest pewne miejsce w którym będziesz bezpieczna. Obóz Herosów w zatoce Long Island. To tam się udasz.-powiedział niechętnie chłopak.
-Czemu ,,ja'' a nie ,,my'? Przecież Ty też jesteś herosem i potrzebujesz ochrony.-zaczęłam z przejęciem
-Powiedzmy, że nie jestem tam mile widziany. Teraz połóż się spać, bo jutro czeka nas długa podróż.-rzekł blondyn po czym wyszedł z jaskini.
-Dobranoc Luke.-szepnęłam w ciemność po czym zwinęłam się w kulkę i zasnęłam.
*następnego dnia*
Obudziłam się, gdy usłyszałam, że ktoś wchodzi do jaskini. Szybko wstałam i przybrałam jak najbardziej groźną pozycję.
-Lilian to ty?-usłyszałam cichy, dziewczęcy krzyk a następnie poczułam, że ktoś przytula mnie z całej siły. Zaskoczona zachwiałam się i dopiero po uwolnienieniu się z uścisku czarnowłosej stanęłam twardo na nogi.
-Przepraszam bardzo, ale kim TY jesteś?-spytałam jak najbardziej uprzejmnie.
-Navi ona Cię nie pamięta.-usłyszałam przepełniony żalem dziewczęcy głos. Popatrzyłam w kierunku, z którego on dochodził i od razu uklękłam na jedno kolano. W moim kierunku szła rudowłosa nastolatka o srebrnych, przypominających księżyc oczach. Poznałam ją od razu, choć nigdy wcześniej jej nie widziałam. Oto stała przede mną Artemida-bogini wiecznych łowów.
-Wstań Lilian, żadna z Łowczyń nie musi klękać w mojej obecności.-dodała widząc moją zgarbioną pozę.
Natychmiast wypełniłam to polecenie i popatrzyłam wyczekująco na boginię. Ta jednak odwróciła się i wyszła z jaskini mówiąc:
-Zapraszamy do naszego namiotu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz